Gromadzą się na placach zabaw, w bramach lub w miejscach, które niejeden dorosły omija po zmroku. Zawsze w godzinach popołudniowych lub wieczornych w kilku bądź kilkunastoosobowych grupkach - dzieci i młodzież.
Często budzą strach, gdyż zgodnie z powszechną opinią, nigdy nie wiadomo, co zrobią i jak się zachowają. Tak więc przemykamy obok nich niepostrzeżenie. Wolimy zamknąć drzwi naszych mieszkań, niż zastanowić się, co sprawia, że "zdemoralizowana młodzież" właśnie w taki sposób spędza wolny czas. Dlaczego wybiera ulicę, zamiast własnego domu. Osoby podejmujące próbę zmiany tej powszechnej opinii to tzw. streetworkerzy. Jedną z nich, działającą na terenie Poznania, jest Robert Zieliński, kierownik Oratorium "Światełko" - świetlicy socjoterapeutycznej działającej przy poznańskiej parafii pw. św. Stanisława Kostki.
Aby zrozumieć "dzieci ulicy", bo tak często się je nazywa, najpierw trzeba poznać ich środowisko. Należy poznać ich problemy, rodzinę - opowiada Robert. Wiele z nich pochodzi z rodzin rozbitych czy też dysfunkcyjnych, w których często dochodzi do przemocy fizycznej bądź psychicznej. Bywa, że są świadkami libacji alkoholowych, nieobce są im też różnego rodzaju używki. Dzieci żyjące w takim otoczeniu muszą w jakiś sposób "poradzić sobie" ze swoimi emocjami. Skutkiem tego są często problemy w szkole, wagary, a nawet konflikty z prawem. - Dzieci te z natury nie są złe, to raczej "nieoszlifowane diamenty" - jak mówi o nich Robert - którym nikt nie chce dać szansy, spisując je na straty. - Oczywiście, że można postrzegać "dzieci ulicy" przez pryzmat ich zachowania, często agresywnego. Lepiej jednak traktować je jako pewnego rodzaju "światełka" skrywane w bramach czy na podwórkach. Mimo wszystko warto im pomóc i pokazać, że ich świat nie musi i nie powinien kończyć się na ciemnej klatce schodowej - podkreśla Robert.
Próbę ukazania świata istniejącego poza granicami dzielnicy, w której mieszka dziecko, podejmują właśnie streetworkerzy. Co sprawia, że decydują się oni na podjęcie tego zadania? - W Oratorium "Światełko" dzieci same wspominały o swoich kolegach i koleżankach, spędzających większość czasu bezczynnie na ulicy - podkreśla Robert. Poza tym, jak sam mówi, robi to z potrzeby serca oraz przyjaźni tragicznie przerwanej z "chłopcami ulicy" z okresu dzieciństwa. Wszystko to sprawiło, że od kilku lat, 2-3 razy w tygodniu pracuje jako steetworker na terenie dzielnicy Jeżyce, organizując zajęcia z tzw. pedagogiki ulicy. Ciekawe okazały się dla niego międzynarodowe warsztaty, w których uczestniczył w 2007 r. we Francji, gdzie mógł "z bliska" zapoznać się z metodami pracy tamtejszych pedagogów.
Praca z dziećmi ulicy polega przede wszystkim na zmobilizowaniu ich do podjęcia szeroko rozumianej aktywności. Chodzi głównie o pokazanie różnorodnych, ciekawych form spędzania wolnego czasu. Najczęściej są to wyjścia do kina, teatru, na strzelnicę czy też na basen. Zajęcia takie odbywają się w małych grupach, 3-5-osobowych, by uniknąć negatywnego wpływu większej grupy. Oczywiście takie wycieczki nie byłyby możliwe bez pomocy ze strony Caritas Archidiecezji Poznańskiej, sponsorów czy własnego budżetu. Bardzo istotne jest "wchodzenie w środowisko", w którym żyją takie dzieci, a to wymaga czasu. Dlatego też nie może być to jednorazowy kontakt. Wbrew powszechnej opinii, reakcja dzieci jest bardzo pozytywna. Nowością jest dla nich to, że ktoś zaczyna się nimi prawdziwie interesować. - Ważne jest, by dostrzegać w nich to, w czym są naprawdę dobrzy, chwalić przy każdym najmniejszym osiągnięciu - opowiada Robert. Jako były piłkarz organizuje dla swoich podopiecznych regularne treningi i turnieje. Dzieci z Jeżyc brały także udział w spotkaniu z drużyną poznańskiego Lecha. W 2006 r. były na Akademickich Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej w poznańskiej Arenie, gdzie zaprzyjaźniły się z reprezentacją Brazylii. Dzieci miały również możliwość uczestniczenia w wyjazdach weekendowych np. na Półwysep Helski, gdzie zajmowały się przygotowaniem reportażu i nakręceniem filmu.
Z pewnością praca ta nie jest łatwa, wymaga dużo cierpliwości, oddania i czasu, kolejne zasady należy bowiem wprowadzać stopniowo. To tak naprawdę "małe kroczki", postępy czynione przez dzieci dają ogromną satysfakcję - opowiada Robert. W rzeczywistości dzieci ulicy marzą o tym, co wszyscy - o rodzinie, w której mogłyby znaleźć oparcie, o kimś, kto ich autentycznie wysłucha, kto da im nadzieję. Jak każdy szukają autorytetu, na którym mogłyby się oprzeć.
Wszyscy, którzy chcieliby włączyć się w projekt pedagogiki ulicy, mogą kontaktować się z Robertem Zielińskim pod nr. tel.: 606 704 669.
Jestem mocno przekonany, że od każdego człowieka spotkanego w swoim życiu dostałem dużo więcej...
Dżungla wciąga. Wciąga jak pierwszy tatuaż. Gdy już przełamiesz swój lęk przed nieznanym,...
Tam z nimi odzyskiwałem siły do dalszego funkcjonowania. Bo kiedy mały sześciolatek rzuca się...
Kobiety, które mimo zagrożenia życia zdecydowały się urodzić dziecko, będą bohaterkami...
„Dam Ci wszystko to, co lubię, ale siebie dam po ślubie!”, „Słownik damsko-męski i męsko-...
Historia prawdziwa, autobiograficzna. Szokująca opowieść o niezwykłej, chwilami bardzo...

no właśnie, a ja znam kogoś kto trafił do szpitala po ketonalu i spędził tam sporo czasu...

niepłodność Jarku leczy się naprotechnologią (o której się nie mówi bo nie ma z niej...
Przesiadują na klatkach schodowych lub na osiedlowych ławkach. Pijąc piwo, często...
Z mediów coraz częściej dowiadujemy się, że na terenie Polski organizowane są nielegalne...
Spotkanie w lubelskiej kawiarni. Naprzeciwko mnie Miss Polka Litwy, finalistka konkursu...
Dodaj nową odpowiedź